Opublikowano 2 komentarze

Tyle powrotów, ile wyjść – o przygodach słów kilka.

Kilka dni temu Facebook pokazał mi przypominajkę sprzed 5 lat – nocne zawody doktrekkingowe na Jurze.
Koniecznie przeczytajcie!

“Macie czasem poczucie pełnej kontroli nad sytuacją? Czy Wasze psy podczas spacerów są z Wami zawsze bezpieczne? Sądzicie, że nic nie może się wydarzyć? Czytajcie dalej.

Wczoraj brałem udział w zawodach dogtrekkingowych. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że chucham i dmucham na swoje psy. Niektórzy nie raz pukali się w głowę widząc jaką apteczkę zabieram ze sobą na jakiekolwiek wypady z psami.
Przed startem nic nie zapowiadało, żeby te zawody miały być inne niż poprzednie: dobry humor nie opuszczał, psy zdawały się być pełne energii, byłem lekko podkręcony, bo na nocne zawody czekałem od dawna. Wydawało się, że wszystko to w zasadzie formalność.

Nie dalej jak 2 km po starcie Czekan zasłabł. Najprawdopodobniej z przegrzania. Nie stracił przytomności, ale położył się i nie mógł wstać, ciężko dyszał, śluzówki miał w kolorze buraka. Tętno szybsze, ale nie jakoś tragicznie. W zasadzie natychmiast po szybkim przeglądzie i próbie postawienia go na nogi wiedziałem, że zawody dla mnie się skończyły. Po schłodzeniu wodą, wysmarowaniu dziąseł miodem i ponad 20 minutowym odpoczynku wstał.

Zaczęliśmy wracać. Po kilkunastu metrach znowu zaległ. Odpoczywaliśmy. Wiedziałem, że nie jest tragicznie, ale dalsza próba jakiegokolwiek wysiłku może skończyć się źle. Po prawie godzinie (!) dotarliśmy z powrotem na miejsce startu do biura zawodów, gdzie poprosiłem o pomoc lekarza weterynarii.

Termometr pokazał ponad 40 st. C. Razem z panią wet zaprowadziliśmy Czekana do stawu, gdzie stopniowo schładzaliśmy go wodą. Odpoczął, pół godziny później temperatura spadła do 38,8 st C. Widziałem, że Czekan odzyskuje siły i że jest ok.

Zastanawiam się, czy można było tego uniknąć? Moim zdaniem nie. Nic nie wskazywało na to, że może wydarzyć się coś złego. Mam poczucie, że nie popełniłem żadnego błędu, nie podchodzę do tych zawodów ambicjonalnie, nie walczę o miejsca, nie stało się nic, co mogłoby wpłynąć na moją złą ocenę kondycji psów, temperatura na dworze nie była specjalnie wysoka.

Na zawodach zapewniona jest pomoc lekarzy wet, każdy uczestnik dostaje awaryjny nr tel. i może poprosić o zwózkę z trasy w razie problemów z psem lub z sobą.

A teraz analogiczna sytuacja: właśnie wybraliście się na spacer do lasu, w góry, gdziekolwiek. Nie mówię o jakichś dużych odległościach, ale załóżmy, że macie do samochodu i najbliższej drogi 3 km. Wasz pies nagle z jakiegoś powodu opada z sił. Nie weźmiecie go na ręce, bo waży 30 kg. Co możecie zrobić?

Pogotowie nie przyjedzie, weterynarz również. W takiej sytuacji jesteście zdani wyłącznie na siebie. Tylko Wasze umiejętności, wiedza i to co macie przy sobie w plecaku może pomóc wam kupić trochę czasu. To od Was samych zależy, na ile Wasz pies jest bezpieczny. Zadbajcie o to. Zadbajcie o zdrowie i bezpieczeństwo Waszych psów.

Absolutnie zachęcam każdego do udziału w kursach pierwszej pomocy dla psów. Czasami nie trzeba wiele, żeby stracić kontrolę, nie można przewidzieć wszystkiego. To wyłącznie w Waszych rękach leży zdrowie i być może życie Waszych futrzastych przyjaciół!
P.S.: z Czekanem już wszystko OK.”

Ta historia sprawiła, że jeszcze większy nacisk kładę na to, żeby każdy wyjazd z psami i każdy spacer był bezpieczny.
Dziś nawet wychodząc do pobliskiego parku z reguły mam przy sobie apteczkę “minimum”.

Krzysztof Miszkiel

Spod Znaku Psa

2 komentarze do: “Tyle powrotów, ile wyjść – o przygodach słów kilka.

  1. Apteczka “minimum”, czyli? 🙂

    1. Hej Anita!
      Dla mnie to jeden opatrunek jałowy i bandaż samoprzylepny 5 cm. To takie minimum, które mam w mojej saszetce biodrowej nawet idąc na wieczorny obchód osiedla 😉

Możliwość komentowania została wyłączona.